W przestrzeni publicznej (za sprawą PSL) pojawił się pomysł, aby nie publikować wyroku TK (bez sensu, ale to na marginesie) – wiadomo w jakiej sprawie i rozpisać w niniejszej kwestii referendum. Świetnie! Uwielbiam partycypację społeczną, oddolne ruchy pozwalające ubrać w ramy konstytucyjne rodzącą się myśl obywatelską; wyrażoną wprost potrzebę ludzi w danym kraju. Bądźmy drugą Szwajcarią! Mamy polską Wenecję, to możemy mieć także drugie Appenzell Innerrhoden.

Tylko zaraz, czy to ten górski kanton, który do 1990 r. nie nadał kobietom praw politycznych (prawa do głosowania) ponieważ mężczyźni wciąż opowiadali się przeciw? Czy to ten rejon, w którym słabo wykształceni pasterze o konserwatywnych korzeniach nie mogli pogodzić się z tym, że dziewczyny będą mogły podejmować jakieś decyzje w przestrzeni publicznej? Bez cienia wątpliwości – TAK. Bali się upadku swojego skrzętnie pielęgnowanego patriarchatu? Być może. Robili to świadomie? Na pewno!

Zapytacie się, jak skończyła się owa historia? Sąd Federalny orzekł, że trzeba nadać prawa polityczne kobietom, bo tego wymaga konstytucja federalna. W innym wypadku do dziś te prawa mogłyby nie zostać przyznane. Panie w tym państwie związkowym mogą głosować przeszło od 30 lat (rocznica już 27 listopada!). Zresztą Szwajcaria na tle praw kobiet (właśnie przez nadawanie ich poprzez referenda) nie wypada najlepiej, gdyż w większości kraju zostały one przyznane w okolicach lat 70. XX w. Nieco późno, prawda?

Jednak wiecie, że referendum niesie za sobą coś fantastycznego. Pierwotną możliwość rozstrzygania spraw państwowych w sposób bezpośredni. Zaraża wręcz poczuciem sprawczości. Daje nam współczesny substytut Aten. Chociaż wydaje mi się, że kulturą polityczną bliżej nam do starogermańskich wieców – tam opinię społeczeństwo wyrażało poprzez buczenie lub oklaski. To może być ten poziom debaty publicznej, który oglądamy obecnie.

fot. pixabay

I ja tę potrzebę rozumiem lepiej niż prezydent Komorowski w 2015 r. Kapują to też moi ulubieni Szwajcarzy, którzy poddawali pod głosowanie takie projekty jak – ograniczenie ruchu lewostronnego na autostradzie w niedzielę, czy wprowadzenie do konstytucji prawnego obowiązku oddawania gołębi pocztowych na rzecz państwa w razie wojny. Dla ornitologów – poprawka nie przeszła.

Niemniej ta sytuacja pokazuje jak bardzo cierpliwy jest referendalny papier, jak można nim sprytnie manipulować, w jaki sposób formułować pytania i przekonywać większość do swoich racji. Jak porywać tłum – zarówno z ambony, jak i poprzez media społecznościowe (por. Cambridge Analytica). Głosowanie bezpośrednie to potężne narzędzie, którego należy używać ostrożnie, bo jego wyniki mogą być bardzo zaskakujące, o czym nie tak dawno temu przekonali się Brytyjczycy.

Dlaczego więc głosowanie nad prawami człowieka w referendum jest niedorzeczne? To proste (podajcie ten wpis do PSL) – prawa człowieka mają charakter pierwotny względem państwa i prawa stanowionego. Przynależą one ludziom z samego faktu ich człowieczeństwa (godności). Co za tym idzie, nie można ich poddawać pod powszechne głosowanie, bo władze nie mogą (a przynajmniej nie powinny) ograniczać praw człowieka poprzez swoje działania legislacyjne. Zachęcanie narodu do wypowiedzenia się w sprawie praw podstawowych z prawnego punktu widzenia ma taki sens, jak głosowanie nad tym, czy mężczyzna powinien rodzić dzieci. Oczywiście można taki przepis przyjąć, ale wątpię, aby mógł on znaleźć materializację w rzeczywistości. Więc może korzystając z doświadczeń innych krajów, zagłosowalibyśmy nad tymi gołębiami? Albo nad naszą potrawą narodową. Proponuję: gołąbki – smacznego!

Kamil Stępniak

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *